Nasze wielkie greckie wakacje

Paulina - na greckiej plaży

Za chwilę zaczniemy naszą grecką przygodę. Z Warszawy wyruszymy do Aten i tam rozpoczniemy rejs.

Ateny, port w Pireusie. W niewielkiej, ale obleganej knajpce zamawiamy pierwszą grecką sałatkę. Soczyste pomidory zachęcają nasze kubki smakowe do dalszej kulinarnej podróży. Feta rozpływa się w ustach.

Pierwsza podróż promem trwa ponad 5 godzin. Kilka pięter, delikatne dźwięki muzyki sprawiają, że czuję się jak na Titanicu. Morze delikatnie kołysze. Jesteśmy spragnieni obrazów, smaków, języków i dźwięków, a więc wybieramy górny pokład. Wiatr plącze włosy, sól osadza się na ustach. To pierwszy dzień moich wakacji. Duża, biała skrzynia wydaje się być idealnym miejscem na dalszą podróż. Zamykam oczy…

Prom Milos nocą Przystań i jachty

Po kilku godzinach dopływamy do Milos. Nazywają ją wyspą zakochanych. To tam znaleziono posąg słynnej Venus.

Przypływamy późnym wieczorem, przemili gospodarze pokazują nam nasz wakacyjny dom. Jest taki jak na zdjęciach, co nie zdarza się często. Potrzebujemy wygodnego łóżka i miejsca na tarasie na wspólne posiłki i długie nocne rozmowy.

Każde z nas, a podróżujemy we czwórkę, jest głodne jak wilk. Nie spodziewamy się wielu otwartych miejsc, bo to najmniejsza z wysp, które chcemy odwiedzić.
Milos nie śpi, ale w piątkowy wieczór nie usłyszysz dźwięków popularnych melodii. Nie tupiesz nóżką, masz ochotę usiąść w jednej z knajpek w porcie i obserwować statki. Spokój.

Na Cykladach jestem po raz pierwszy, mogę więc mieć jedynie jakieś oczekiwania. Mniejsze lub większe, ale żadnej pewności. Wybraliśmy Adamas. Miasto okazało się strzałem w dziesiątkę, bo z jednej strony wszędzie jest blisko, z drugiej - nawet w środku tego rybackiego miasteczka wciąż słyszysz cykady. Po kilku dniach przypominają mi elegancki rechot żab. Do tego niesamowite zapachy zboża, dojrzewających na moich oczach fig i winogron, mieszają się z morską bryzą. Od ponad roku nie palę papierosów, więc moje lato pachnie intensywnie, mocno. Chcę je smakować.

Już drugiego dnia poszukuję ścieżki do biegania. Nogi same niosą mnie do portu.

Łódź rybacka

Kilka godzin później znajdujemy się na jednej z najpiękniejszych plaż w Europie. Sarakiniko przypomina białą, piaskową pustynię. Jednak to nie piasek, a ogromne formacje skalne z piaskowca, które wyrastają prosto z morza. To miejsce, które po prostu trzeba zobaczyć.

Sarakiniko-plaża Paulina na plaży Skalista plaża Biała skała Paulina - opala się na skałach Skalista, grecka plaża

Zachęceni różnymi obliczami Milos trzeciego dnia wybieramy się w rejs wokół wyspy. Każdy kilometr tego miejsca jest inny. Mijamy suche, wypalone pola, coraz bardziej różnorodne formy skalne, ciekawe formacje i idealne miejsca do zabawy w chowanego. Wiemy już, że za tą wyspą stoi niezwykła historia. I potęga, którą warto poznać, zanim popłynie się na kolejną.

Podczas tego całodniowego rejsu zatrzymujemy się kilkukrotnie na najpiękniejszych plażach wyspy. Wyskakujemy z łodzi i płyniemy w stronę delikatnego piasku, dumnej skały, małej jaskini. Każda z tych plaż wygląda inaczej. Zaczynam kichać, pewnie z nadmiaru wrażeń mój organizm szaleje. Trzeciego dnia wakacji mam właściwie wszystko, co kocham, wszystko to, co jest mi potrzebne do szczęścia, wakacyjnego szaleństwa, totalnego odpoczynku. Słońce, morze, genialne kąpiele, promy, statki. Zapominam o wszystkim, co zostawiłam w Polsce. Zaczynam rozkoszować się każdą sekundą i zapisywać w pamięci obrazy. Cyklady okazują się takim miejscem, w którym właściwie każdy widok nadaje się na pocztówkowe zdjęcie. Przywiozę tych słonecznych kartek wiele. Tego jestem pewna już pierwszego dnia.

Kimolos Skały wystające z morza

Dopływamy do Kimolos. To maleńka wyspa, na której za chwilę zjemy obiad. Kilka kawiarni, dwie restauracje z krzesłami na plaży. Patrzysz na spokojne morze, delektujesz się kolejnymi greckimi smakami, choć na swoje danie musisz chwilę poczekać. Dłuższą chwilę. Jakże mnie to wkurzało w pierwszych dniach naszej wielkiej greckiej przygody! Takie rejsy jak nasz odbywają się codziennie, codziennie też o określonej porze z łodzi wychodzą ludzie, którzy będą chcieli zjeść obiad. Podejrzewam, że tak jest od kilkunastu lat, jeśli nie kilkudziesięciu. A pracownicy knajpki wydają się być zaskoczeni naszym widokiem! Nieprzygotowani. Nikomu nigdzie się nie spieszy, a my za godzinę odpływamy. Podobnie jak nasi rejsowi towarzysze, którzy z jednej strony głodni, z drugiej lekko podenerwowani patrzą w stronę łodzi.

Czekam na briam, tradycyjną grecką zapiekankę warzywną. Bakłażan, ziemniaki, cukinia, pomidory. Banalnie prosta, a przez to pyszna. Staram się nie jeść mięsa, więc te greckie smaki bardzo mi odpowiadają. Pomidory i papryki faszerowane ryżem, duszone bakłażany, różne odmiany grochu i fasoli. Właściwie smakuje mi tu wszystko. Soczyste i dojrzałe arbuzy, brzoskwinie i nektarynki, melony. Grillowane i gotowane ośmiornice, kultowe tzatziki, nieznana mi wcześniej taramosalata czyli grecka pasta z ikry, saganaki czyli dania przygotowywane w małych patelenkach z dwoma uszkami, którym zawdzięczają nazwę. Znajdziesz w nich pysznie zapieczony ser, zatopione krewetki czy mule. Chcę Cię smakować, Grecjo! Będę.

Kimolos - przystań Grecka flaga Kimolos

Kolejnego dnia snujemy się uliczkami Milos. Gubimy się, odnajdujemy, robimy zdjęcia, szukamy pamiątek, jemy lody w porcie, kolejne statki przypływają, inne odpływają w kolejną podróż. Po południu wsiadamy do autobusu, aby odwiedzić Plakę i Tripiti. Plaka jest stolicą Milos, osadą wzniesioną na szczycie dwustumetrowego klifu. Mimo że jesteśmy już przyzwyczajeni do małych białych domków, różnorodnych kwiatów i niebieskich dodatków - wstrzymujemy oddech. Jak tu jest pięknie! Choć tych uliczek nie jest wiele, knajpki można policzyć na palcach obu rąk, jesteśmy pod wrażeniem. Wdrapujemy się na wzgórze, kiedyś stała tam wenecka forteca czyli kastro. Przed nami roztacza się niezwykła panorama. A właściwie obrazek za obrazkiem, widok za widokiem. To jedna z moich najpiękniejszych pocztówek z wakacji.

Paulina w Milos Zabudowa Milos Widok na małe wysepki Kaktusy Uliczka w Milos Białe budynki Uliczka Milos Koty Milos i sąsiednie wyspy Grecka zabudowa Paulina w słomkowym kapeluszu śródziemnomorska roślinność Paulina zwiedza Milos Greckie krajobrazy Widok na wyspę

W poniedziałki Muzeum Archeologiczne jest nieczynne, nie możemy więc zobaczyć kopii słynnej Wenus z Milo. Zmierzamy w kierunku niewielkiej wioski Tripiti. Trzy, może cztery restauracje.

W jednej z nich wita nas właściciel, który o daniach potrafi opowiadać tak, że po chwili już wiesz, kto w rodzinie hoduje fasole, kto pomidory, a taramosalatę zrobił przed chwilą jego ojciec, który o tam - właśnie stoi przy aucie i odjeżdża. Czujesz się właściwie członkiem jego greckiej rodzin. Wybieramy roladki z bakłażana nadziewane delikatnym serem, kusi nas duszony bakłażan z pastą z grochu i zapieczony grecki ser, wspomniane wcześniej saganaki. Kiedy prosimy kelnerkę o rachunek, zafrasowana tłumaczy, że jeśli tylko znajdzie czas, wróci. Tego wieczoru wściekam się w Grecji po raz przedostatni. Włączam tryb wakacyjny i po prostu, płynę dalej.

Parostatkiem na Paros.

W okolicach południa żegnamy się z przemiłymi gospodarzami apartamentu Erato’s, którzy urzekli nas swoją gościnnością. Każdego dnia czekała na nas słodka przekąska przygotowana przez panią domu. Pierwszego dnia był to lokalny przysmak koufeto czyli deser z miodu, migdałów i rodzynek. Ta czysta słodycz zamknięta w maleńkich słoiczkach wprowadziła nie tylko uczucie błogości, ale również - mrówki:) Na szczęście wszystko dobrze i szybko się skończyło.

Promy. Pamiętam, że pierwszego dnia w porcie w Pireusie zachwycały nas rozmiarami. To niesamowity widok, kiedy jednym wejściem wchodzą ludzie z bagażami, drugim wjeżdżają motocykle, samochody i TIR-y… Panowie kierują ruchem, wszystko jest perfekcyjnie zorganizowane. Tu bagaże na Milos, tam państwo na Naxos, przy ruchomych schodach ktoś inny sprawdza bilety i pokazuje kolejne schody. Możesz zająć miejsce w środku, przy wygodnym stoliku, są też fotele takie jak w samolocie, jeśli marzy Ci się sen. A jeśli podobnie jak ja nie znosisz klimatyzacji i kochasz morze - możesz wyjść na zewnątrz. Patrzysz i płyniesz do kolejnego portu. Na ławeczce, przy stoliku, na podłodze.

Czas na ten ostatni wściekły grecki krzyk. Paros. Zarezerwowaliśmy dwa studia z widokiem na morze. Niestety, mamy tylko jeden taki pokój. Właściciel przyznaje, że jakaś pani wynajęła u niego „nasz” apartament aż na dwa tygodnie i w rezultacie mamy widok na betonową ścianę.
Dopiero kiedy wyjdziesz z pokoju i odwrócisz się w lewo masz szansę dostrzec coś błękitnego. Nie muszę Wam tłumaczyć, dlaczego wybraliśmy studio z widokiem na morze, bo to przecież oczywiste. Aby pić poranną kawę, jeść śniadanie i patrzeć na nie. I gdyby nie to, co miało wydarzyć się za chwilę, wybuchłabym z wściekłości.

Innego pokoju nie było, zostajemy więc, bierzemy szybki prysznic i idziemy w stronę portu. Paros jest jedną z trzech największych wysp Cyklad, a więc jest tu trochę głośniej niż na Milos. Więcej kawiarni, restauracji, sklepów. Krętych uliczek i ludzi. I właśnie tego dnia w jednej z tych krętych uliczek mijamy… kogoś znajomego. Kogoś, kogo znamy. Oglądaliście może „Moje wielkie greckie wesele”? Ona, ta aktorka, kojarzy mi się z Grecją tak samo jak Zorba czy sałatka z fetą. I przyznam robimy to pierwszy raz w życiu - kiedy już zdaliśmy sobie sprawę z tego, że to naprawdę Nia Vardalos, biegniemy! Mój Mąż przeprasza, upewnia się, a ona mówi: znam Cię! - Nie, nie kochana! To my Cię znamy!

Paulina i znajomi

Mimo że pewnie jej przeszkadzamy, znajduje chwilę na krótką rozmowę o nas i wspólne zdjęcie. Kilka dni później w mediach pojawia się informacja, że Vardalos przyjechała do Grecji z córką, bo właśnie się rozwodzi. Na szczęście nasi Mężowie wtedy o tym nie wiedzieli…

Następnego dnia, podczas porannego biegania, znajduję maleńką plażę koło naszego hotelu i już wiem, że Paros też mnie nie zawiedzie.

Postanawiamy podążać tropem gwiazd. Co pół godziny z Paros wypływa łódź na Antiparos, maleńką wyspę, na której co roku odpoczywa Tom Hanks. Już w porcie wiemy, że moglibyśmy spędzić tu kilka dni. Jest cicho, spokojnie i pięknie. Dzień się snuje, sączy. Ośmiornice wiszą na drzewach by wyschnąć i skruszeć, w ciągu dnia spotkasz tu turystów, ale kiedy odpływają, na placu pełnym małych knajpek i muzycznych klubów rządzą mieszkańcy. Robię dużo zdjęć, bo biżuteria urzeka prostotą, a sukienki tańczą na wietrze. Zauważam, że na mniejszych wyspach ubrania są starannie wyselekcjonowane, nie ma tu rzeczy przypadkowych. Świetnej jakości bawełna i len wyglądają bardzo stylowo. Dawno nie widziałam tylu dobrze skrojonych, kolorowych sukienek. Oczywiście bez problemu znajdziesz tu małe okulary, duże kapelusze czy wiklinowe wory, koszyki czy okrągłe torebki. Proste, delikatne bransoletki cieszą oko. Swoją drogą - symbol oka, który tak uwielbiam, to nieodłączny element tutejszych ozdób.

Biały budynek obrośnięty kwiatami Suszące się ośmiornice Greckie uliczki Czerwone pnącze obrasta grecki dom Paulina pod kwiatowym baldachimem Mąż Pauliny Drażby Czerwona sukienka na niebieskich drzwiach Manekiny w greckim sklepie Grecki sklep z butami Eleganckie klapki Biżuteria na wystawie sklepowej Ubrania w greckim sklepie Wystawa sklepowa - ubrania Wystawa sklepowa Grecki sklepo - szale i torby Grecki sklep - elementy wyposażenia domu Sukienki na wystawie sklepowej Biżuteria w gablocie - grecki sklep Lampiony Kwitnące, różowe pnącze

Wracamy na Paros. Następnego dnia w plażowym barze spotykamy przemiłą starszą Panią, która mówi, że jest znaną niemiecką aktorką, pyta: w jakim języku mówimy bo nie jest w stanie nas zlokalizować.
Odpowiadamy, że jesteśmy sąsiadami: Polska! Potem sączymy lokalne wino, cieszymy się kolejnymi faszerowanymi pomidorami, których smak udaje nam się później odtworzyć w domu.

Zapomnieliśmy już o apartamencie z widokiem na ścianę. Stworzyliśmy sobie śniadaniowy kącik, podkradamy winogrona, które dojrzewają przy naszym pokoju. Wyciągam komputer, ustawiam krzesło w stronę morza i zaczynam pisać. Choć słowa właściwie piszą się same. Chcę zachować te obrazy, smaki, myśli i móc do nich wracać. Przypominać sobie te pocztówki z wakacji zawsze wtedy, kiedy będzie brakowało mi słońca.

Dziś morze jest wyjątkowo spokojne i ciepłe. Mam już muśniętą słońcem skórę, która smakuje jak słony karmel. Na tej „naszej” maleńkiej plaży nie ma nikogo. Przybiegam tu każdego dnia i patrzę przed siebie. Widzę spokój. To coś, czego długo szukałam. Skończyłam 33 lata i nigdy jeszcze nie czułam się ze sobą tak dobrze, bezpiecznie i pewnie.

Paulina na wakacyjnym śniadaniu Bambusy Paulina i greckie kwiaty

Następnego dnia odpływamy bardzo wcześnie. Podróż do portu z bagażami może być uciążliwa, musimy podejść w górę, potem w dół. Chcemy zamówić taksówkę. Za 15 minut. W słuchawce słyszymy, że to niemożliwe. Możemy zamówić samochód teraz. Jeśli chcemy na później, musimy dopłacić. Uśmiechamy się do siebie, bierzemy głęboki oddech i idziemy do portu na piechotę. Mamy już kondycję, a dobry humor to najlepsza recepta na greckie troski.

Prom po raz pierwszy jest spóźniony. Tym razem płyniemy tylko 45 minut. Nasz kolejny cel to największa wyspa Cyklad - Naxos. Z jednej strony jesteśmy jej ciekawi, z drugiej obawiamy się, że będzie głośna, imprezowa, bardzo turystyczna. W porcie czeka na nas przemiły pracownik Korali Garden, małego, rodzinnego hotelu oddalonego o kilka minut od centrum wyspy. Tym razem wszystko gra. Pokoje wyposażone w kuchenkę i lodówkę, abyśmy mogli przygotować sobie śniadania. Razem z Agnieszką, moją przyjaciółką, szukamy takich właśnie miejsc. Wyznaczamy sobie budżet, określamy wymagania i choć czasem pogodzenie jednego z drugim wydaje się graniczyć z cudem, nie poddajemy się.

Już pierwszego dnia znajdujemy restaurację do której potem wielokrotnie będziemy wracać. Jedzenie jest pyszne, a porcje przekraczają nie tylko nasze możliwości. Jemy pyszny szpinak, poznajemy kolejne greckie smaki. Kiedy płacimy rachunki, kelner przynosi nam mały poczęstunek. To miłe powitanie, ale ten gest powtarza się za każdym razem, a więc tam wracamy. Na ośmiornicę, „pijaną świnię” czyli wieprzowinę w winie, sałatkę grecką, lokalne wino podawane w miedzianych dzbanuszkach. To, co urzeka nas na Naxos to różnorodność. To, że możesz stać na środku, po swojej lewej ręce mieć klasyczną, piaszczystą plażę z setką leżaków, a jeśli wolisz inne klimaty, po prawej masz skały, na których możesz się położyć, patrzeć w morze, a obok Ciebie jest zaledwie kilka par. I trzy dziewczynki, które dzielnie skaczą z niewielkiej skały do morza. Nie boją się fal, które tak naprawdę są nieobliczalne, woda to żywioł. Kiedy na przykład przepływa prom, całkowicie zmienia swój charakter. Fale wzmacniają się, wzmagają, uderzają o skały. Obmywają stopy. Znajdujemy skałę, na którą wracamy każdego dnia.

Białe powojniki Grecka plaża Paulina na brzegu morza Paulina w Grecji Paulina Drażba opala się na skałach Skalisty brzeg greckiej wyspy Grobla prowadząca do miasteczka

Każdy dzień jest inny, choć pewne elementy się powtarzają: ja rano biegam do portu, potem spędzamy czas na basenie, spacerujemy promenadą i w małych uliczkach nieopodal mariny, kąpiemy się „na naszej plaży”. Codziennie jednak Naxos zaskakuje nas czymś innym: nowym widokiem, cudownym jachtem, który właśnie zawinął do portu, niestety powoli też ogarnia nas smutek, bo to już ostatnie dni naszych wielkich greckich wakacji. Oglądamy mecze, wznosimy toast ouzo i wiemy, że Cyklady to miejsce, do którego jeszcze kiedyś wrócimy.

Naxos nie przypomina Krety, jest wyspą pełną turystów, ale nie głośną. Podobnie jak w przypadku plaż - każdy znajdzie tu to, czego potrzebuje. W niedzielę sklepy są otwarte, w przeciwieństwie do mniejszych wysp, takich jak Milos. Życie na Naxos nam odpowiada. To jedna z tych wysp, o których mówimy „nasza”.

Paulina wśród ruin Paulina w hotelowym basenie Paulina opala się na basenie Paulina w Grecji Paulina na greckich Cykladach

Ze smutkiem rozstajemy się z Cykladami, płyniemy do Aten. To nasz ostatni port, ostatni cel. Obserwujemy odbijanie tego gigantycznego statku stojąc na jego rufie. Już odczepiono liny, już potężne silniki diesla wprawiły w ruch śruby. Prom odbił od nabrzeża na dobre dwa metry. I nagle do portu wbiega matka z małym dzieckiem, są spóźnieni. Ci, którzy są już na pokładzie, także my, przyglądają się sytuacji. Słyszymy jak pracownicy nabrzeża krzyczą coś przez krótkofalówki. I wtem czujemy jak tych kilkaset ton stali wypełnionych ludźmi, samochodami i ciężarówkami zatrzymuje się i… wraca. Po to małe dziecko i jego mamę. Kobiety mają łzy w oczach, mężczyźni biją brawo. A ja wiem: kapitan to zuch. To jeden z tych obrazów, który zostaje w pamięci i sercu na zawsze. Piszę te słowa w pociągu do Warszawy, a w moich oczach kręci się łza.

Ateny witają nas niewyobrażalnym upałem. 37-38 stopni w cieniu. Na wyspach inaczej znosisz te wysokie temperatury, wystarczy pójść na plażę lub wskoczyć do basenu. Tu nie jest tak łatwo. Wybieramy się na spacer. I mimo że tęsknimy za wyspami, Ateny zaczynają nas zaciekawiać. Nowoczesna stacja metra i starożytna historia puszczają tu do siebie oko. A kiedy odejdziesz kawałek dalej, dostrzegasz opustoszałe budynki, inne kultury, potworną biedę. A znów za chwilę kolorowe graffiti i bogate, zakupowe ulice. Tu kawiarnia, tam knajpa. I urocza, trochę obskurna miejscówka lokalsów, w której brak stolika nie stanowi problemu. Muzyka sączy się z głośników, wino smakuje najlepiej, słyszysz dyskusje, przyglądasz się zakochanej parze i wiesz, że będziesz za tym tęsknić.

Akropol Oliwki Ateńskie wzgórze Ateny Grecki park Starożytna grecja - budynki Ruiny starożytnej grecji Muzeum Archeologiczne wykopaliska starożytnej Grecji Wzgórze Akropolu Akropol Ateny Ptaki

W Atenach spędzamy dwie niepełne noce, wybieramy więc mały, może trochę obskurny hotel ze śniadaniem, ale kiedy wita nas pan z uśmiechem na ustach i informuje, że wita w raju… w ogóle nas to nie zajmuje. Nieopodal znajdujemy bardzo ciekawe miejsce, wygląda „jakby luksusowo”, porównując okoliczne jadłodajnie. To piekarnia i cukiernia, w której podają mięsa, warzywa, nasze ulubione faszerowane pomidory i bakłażany, ciastka, kawę i wino. Trudno o stolik, ale kiedy już uda ci się go upolować, można naprawdę dobrze zjeść. Za dwa dania płacimy 9 euro, co w porównaniu z innymi miejscami jest niezłą okazją.

Nad ranem jedziemy na lotnisko. Stała cena za kurs z centrum miasta jest tu normą, co bardzo nas cieszy. Metro o tej porze nie jeździ, a strajk, który obserwowaliśmy dzień wcześniej, dodatkowo zniechęca do podróży innymi środkami transportu. Tym razem musimy mieć pewność, że dotrzemy na lotnisko na czas.

Ateny Ateny

Kolejny już rok najpierw szukamy miejsca, podróżując najpierw palcem po mapie. Wymyślamy plan podróży, a potem staramy się to urealnić. Sprawdzamy samoloty, hotele, promy. Szukamy na własną rękę i wyobrażamy sobie, jak tam będzie. Teraz gdy wróciliśmy z naszej wielkiej greckiej wyprawy zaledwie tydzień temu, we mnie wciąż są te obrazy, wspomnienia, zapachy, uśmiechy ludzi. Moje pocztówki z wakacji.

Dziś Grecja płonie, a ja chcę jej powiedzieć: dziękuję. Za kolejną podróż. Za nasze wielkie greckie wakacje.

Paulina Drażba w słomkowym kapeluszu